Szkoła średnia, lekcja polskiego. Jestem odpytywany ze znajomości lektury, konkretnie "Przedwiośnia". Pech chciał, że z takich czy innych względów (najprawdopodobniej niemałą rolę odegrało zwyczajne lenistwo) przeczytałem zaledwie połowę. Jeszcze większy pech sprawił, że nie znałem odpowiedzi na zadane pytanie, choć dotyczyła tej właśnie części, która powinna być mi znana. Polonista nabrał pewnych podejrzeń i w końcu zapytał: "Czytałeś lekturę? Przyznaj uczciwie" No to przyznałem, wszak uczciwość popłaca, nie? Skutek: jedynka z wagą cztery (dla niezorientowanych: tak jak cztery jedynki). Taki był efekt nieczytania lektur i przyznawania się do tego błędu. A jaką miałem inną możliwość? Mogłem iść w zaparte i powtarzać, że lekturę czytałem, a to mi akurat wyleciało z pamięci. Gdybym się upierał wystarczająco długo, nauczyciel doszedłby do wniosku, że jest tylko jeden sposób by dowieść czy czytałem czy nie: pisemna treściówka. Na tę jednak było już za mało czasu, więc zaproponowałby mi pisanie jej na następnej lekcji. Był to piątek, a więc następny polski przypadał na poniedziałek dopiero...